TEST: Lexus LX570 – kocham i rozumiem

Oto przed wami samochód cudotwórca, który sprawił, że pokochałem SUV-y i dodatkowo zrozumiałem kobiety.

Od kilku już lat na rynku motoryzacyjnym panuje moda na SUV-y i nie zapowiada się, aby nadchodzące lata miały to zmienić. Każdy zwykły zjadacz chleba musi się z tym po prostu pogodzić. Osobiście znam kilka osób, które szaleją za dużymi samochodami oraz grono, które naturalnie jest im przeciwne. Niemniej jednak czytając komentarze pod postami czy artykułami dotyczącymi właśnie takich pojazdów, wydaje się, że polskim petrolheadom SUV-y zwykle nie podchodzą.

Z uwagi na to wypowiedzi pokroju “SUV-y – SRUV-y” są na porządku dziennym, a każda kolejna marka decydująca się na wysokie auto w swojej ofercie błyskawicznie obrzucana zostaje pomidorami. Sytuacja nie zmienia się nawet jeśli taki pojazd okazałby się być bardzo udaną konstrukcją – np. Lamborghini Urus czy Volvo XC90. W końcu wszyscy internetowi specjaliści wiedzą najlepiej jak robi się dobre auta.

Sam osobiście należę do obozu twierdzącego, że SUV-y to właśnie “SRUV-y”, chociaż nigdy nie byłem w tym specjalnie radykalny. Miałem okazję poprowadzić kilka takich pojazdów w swoim życiu, jednak żaden nie sprawił, że zrozumiałem na czym polega ich uwielbienie. Nie inaczej było na początku mojej przygody z Lexusem LX570, jednak po dwóch dniach spędzonych z autem, coś we mnie pękło.

Od razu zaznaczę – LX570 nie jest zwykłym i byle jakim SUV-em, to prawdziwy potwór na kołach. W redakcji ochrzciliśmy go mianem “Behemota”, a ja po jakimś czasie sam zacząłem nazywać go “Godzillą”. Auto jest tym, co w Stanach Zjednoczonych określa się mianem “Full-Size Luxury SUV”, a więc gdy postawimy obok niego np. Skodę Kodiaq, wyglądać będzie ona na ledwie crossovera.

Przy atrapie chłodnicy LX 570, olbrzymie nerki nowego BMW X7, to ledwie kamienie nerkowe, a nie pełnoprawne wloty powietrza.

Przód auta pomimo swoich rozmiarów prezentuje się naprawdę dobrze. Nie można powiedzieć o nim, że jest toporny, bądź w jakikolwiek sposób przesadzony. Widać, że każdy element został przemyślany i wszystko do siebie pasuje, należą się projektantom za to spore gratulacje. Gdy staniemy przy boku LX570, nawet jeżeli jesteśmy bardzo wysokimi osobami, to nasza głowa i tak zawsze znajdować się będzie poniżej linii dachu.

Rzadko kiedy mogę wykorzystać to, że matka natura poskąpiła mi wzrostu – w przypadku LX570 pozwoliło mi to na swobodne przejrzenie się w lusterku bocznym, bez potrzeby schylania się.

Przy okazji boczna perspektywa ujawnia całkowity brak jakiejkolwiek aerodynamiki i pudełkowość nadwozia. Tył przypomina ogromny kwadrat z kilkoma odstającymi elementami, jednak za jego projekt inżynierom Lexusa należy się już druga nagroda, ponieważ sprawienie, że taki kufer prezentuje się naprawdę całkiem dobrze było z pewnością nie lada wyczynem.

W środku jest tylko lepiej. Przepych i luksus bije nas po oczach mocniej niż komentarze beneficjentów 500+ w internecie, a liczba przełączników, bajerów i przycisków przyprawia o zawrót głowy. W tunelu środkowym umieszczony został panel z gałką skrzyni biegów, joystickiem oraz kilkunastoma przyciskami, tak szeroki, że spokojnie zmieściłoby się tam dodatkowe miejsce. Zwieńczeniem jest ogromny podłokietnik, który skrywa pod sobą wbudowaną lodówkę, która jest w stanie zmieścić dwie butelki 1-litrowe i kilka mniejszych rzeczy.

Na tylnej kanapie spokojnie mieszczą się trzy osoby, nie ważne jak wysokie by były. Do swojej dyspozycji dwa, niezależne monitory, oddzielne strefy klimatyzacji i niesamowicie wygodne fotele. Centrum dowodzenia jest schowane w podłokietniku środkowego miejsca – tam znajdziemy panel klimatyzacji oraz miejsce na pilot do obsługi ekranów.

Trudno opisać w jednym akapicie wszystkie niespodzianki umieszczone na pokładzie. Luksus wyposażenia doprawiony jest zdumiewającym wykonaniem wszystkich elementów wnętrza oraz bogactwem zastosowanych materiałów.

Okej, ale świetny wygląd połączony z wnętrzem godnym starego brytyjskiego pałacu można znaleźć w każdym odpowiednio drogim samochodzie, nie mogło więc mnie to przekonać do SUV-ów. Moja niechęć do dużych pojazdów została pokonana dopiero w momencie, kiedy spędziłem za kierownicą którąś z kolei godzinę.

Gdy dowiedziałem się, że będę musiał poprowadzić Godzillę nieco się zląkłem, tym bardziej że miałem wyjechać na ulice centrum Warszawy w czasie, gdy wyjeżdżają na nie wszyscy mieszkańcy spragnieni weekendu w domu. Pierwszy zakręt i od razu poczułem, że najeżdżam powoli tylnym kołem na krawężnik. Szybki manewr i obietnica poprawy na przyszłość. Następne minuty spędzone w ciasnych uliczkach były koszmarem, widoczność zza fotela LX570 jest naprawdę ograniczona poprzez jego gabaryty, a ja skupiony niczym saper na polu minowym walczyłem o każdy centymetr wolnej przestrzeni. Sytuacji nie poprawiało to, że samochód prowadzi się niczym pancernik liniowy wysokiej klasy, a wzrok rzadko której osoby pozostanie obojętny wobec przejeżdżającego okrętu na kołach.

Lexusowi oraz żadnej innej maszynie na drodze nie stała się jednak żadna krzywda, a ja bezpiecznie wróciłem do domu z obietnicą, że nigdy więcej nie zdecyduje się wsiąść za kierownicę auta takich gabarytów. Może i amerykanie takie lubią, ale ja dziękuję, postoję. Moje postanowienie nie przetrwało nawet kilku godzin. Kiedy zapadł zmrok po raz kolejny wsiadłem do auta, tłumacząc sobie, że rzadko pod moim domem stoi samochód z wolnossącym, bulgoczącym, 5,7-litrowym silnikiem V8.

Chociaż przejażdżka nie przyniosła jeszcze przełomu, to na spokojnie obyłem się z autem, a przy okazji zostałem bohaterem wieczoru dla okolicznej młodzieży. Jeżdżąc bezcelowo po małym mieście kilka razy przejeżdżałem przez miejsca, gdzie korzystające z lata dzieciaki spotkały się aby spędzić razem czas, a w wielu przypadkach przy okazji zmusić do cięższej pracy swoje wątroby. Wzrok każdego, niezależnie od płci, lądował na moim samochodzie, a znając naszą polską mentalność, nie chciałbym usłyszeć jakie komentarze leciały w moją stronę. Złodziej? Bogaci rodzice? Mafia? Ciekawe skąd wziął na to pieniążki?

Zwracanie na siebie kosmicznej uwagi nie sprawiało mi radości, tym bardziej mając na uwadze, że im większy samochód, tym mniejsze “wiecie co” kierowcy. Nie mniej jednak niejednej osobie podniosłoby to ego do poziomu stratosfery.

Zapowiedziany wcześniej przełom nastąpił po tym jak wsiadłem, a raczej wskoczyłem do Lexusa po raz trzeci. Na krótką trasę po raz kolejny wybrałem się kiedy zapadł już zmrok, a ruch na drogach znacznie się ograniczył. Nieśpiesznie jadąc pustą drogą, puściłem mocniejszy kawałek z niesamowitego, 19-głośnikowego systemu audio Mark Levinson i rozłożyłem się na ogromnym, wygodnym fotelu.

I wtedy właśnie coś we mnie pękło. Zastanowiłem się, co mi tak naprawdę w tym aucie nie pasuje. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. No ale to w końcu SUV, mówiłem sam do siebie, musi być w nim coś nie tak, myśl, szukaj, przecież “SUV – twój wróg”. Przez kolejne 15 minut nie potrafiłem stworzyć żadnego logicznego argumentu. Prowadzenie niczym czołg ma swoją magię. Kanciate i bardzo nie aerodynamiczne nadwozie ma swoją magię. Ogromne gabaryty i zawieszenia tak wysokie, że mamy kolana na wysokości głów innych kierowców mają swoją magię. Brzmienie prawie 6-litrowego V8 naturalnie ma bardzo dużą magię. Spalanie tego silnika magii już nie ma – w przeciągu całego mojego testu Godzilla pochłaniała średnio 24 litry benzyny na 100 km. Dla osoby gotowej zapłacić za taki pojazd przynajmniej 650 tysięcy złotych nie jest to chyba jednak wielka przeszkoda.

Zrozumiałem, że tak naprawdę kocham ten samochód i kochałem od początku, jednak musiałem go zrozumieć. Musiałem zrozumieć miłość do przesadnych gabarytów, zawieszenia i swego rodzaju brutalności. I wtedy zdarzył się drugi cud tego wieczora – oprócz zrozumienia miłości do SUV-ów, zrozumiałem również kobiety.

Według najnowszych badań przeprowadzonych przez Astona Martina, za popularność dużych samochodów odpowiada głównie płeć piękna. Kobiety ufają SUV-om ze względu na to, że czują się w nich bezpiecznie. Ja w LX 570 czułem się na drodze tak bezpiecznie jak nigdy. I nie jest to ten typ negatywnego poczucia bezpieczeństwa, który usypia czujność kierowcy. Wręcz przeciwnie, moje zmysły podczas prowadzenia tego Lexusa były bardzo wyczulone, dodatkowo świadomość, że siedzę w pancernym krążowniku z prawdziwego zdarzenia powodowała niesamowicie wysokie poczucie komfortu.

Świetnie, że mamy SUV-y i ludzi, którzy je lubią. Osobiście boje się jednak wsiadać teraz do kolejnego z uwagi na to, że prawdopodobnie nie zapewni mi tego co największy przedstawiciel Lexusa. Chcę zachować w sobie miłość do tych aut najdłużej jak będzie to tylko możliwe, a LX 570 podniósł poprzeczkę naprawdę wysoko.

Jeżeli lubicie SUV-y to życzę wam, żebyście kiedyś mieli okazję przejechać się omawianym przeze mnie potworem. Wasze zmysły eksplodują, a uśmiech na ustach pozostanie na długo. Jeżeli nie przepadacie za takimi pojazdami, również życzę wam spotkania z LX 570, być może brutalnie zauroczy Was tak jak mnie.

Lexus LX 570 otrzymuje ode mnie ocenę 8,4 / 10, co jest najwyższą oceną jaką kiedykolwiek wystawiłem realizując test samochodu.

W najbliższym czasie pojawi się dodatkowy test z Lexusem LX 570 w roli głównej, w którym omówimy m.in. wyniku eko-testu oraz sprawnościowych testów w terenie. Dodatkowo pojawi się również test porównawczy z nowym BMW X7.

Tekst: Mateusz Zalewski
Zdjęcia: Michał Śniadek

Lexus LX 570 – zdjęcia z naszego testu

Subskrybuj nasz nowy kanał YouTube i oglądaj videotesty:

Dodaj komentarz